czwartek, 7 sierpnia 2014

Od Izaac'a c.d Raphael'a

- Sądzę że jestem na to za chudy.- zaśmiałem się i zaprzestałem prób wyrwania mu zakupów jednak nadal maszerowałem obok niego próbując dorównać mu kroku.- Ale twojemu psu też mogę zrobić coś do jedzenia.- uśmiechnąłem się.
- Idź stąd.- mruknął nie patrząc na mnie.
- Nie chcę.- zaśmiałem się.- Zrobię ci omlet z warzywami lub naleśniki na słodko!
Tym razem się nie odezwał, widocznie próbował zbyć mnie milczeniem.
- Jak masz na imię?- spojrzałem mu w oczy.- I dlaczego jesteś dla mnie taki niemiły?- naburmuszyłem się ale szedłem nadal obok niego.- Przecież nic ci nie zrobiłem złego i chcę się tylko zaprzyjaźnić.
Może w końcu zdobędę jakiegoś kolegę, bo nie mam zamiaru odzywać się do końca życia tylko do Kamora i mojego brata.

[Raphael?]

Od Raphael'a cd Izaac'a

Odwróciłem się i spojrzałem dziwnie na czerwonowłosego. Ponownie wyciągnęłem rękę, żeby odzyskać moje siatki, jednak chłopak nie miał zamiau mi ich oddawać. Zamknąłem oczy i nabrałem powietrza do płuc, a potem powoli je wypuściłem, żeby się chociaż trochę uspokoić.
- Oddaj mi to. - powiedziałem stanowczym głosem
Pokręcił przecząco głową. Podszedłem do niego i zręcznym ruchem wyrwałem mu moje zakupy z ręki. Szybkim krokiem zaczałem iść w stronę domu, jednak chłopak cały czas szedł obok mnie i próbował przechwycić siatki.
- Sam potrafię sobie zrobić kanapki. - mruknąłem - Nie potrzebuję niczyjej pomocy.
- Ale ja chętnie zrobię je za Ciebie. - zaproponował z szeroim uśmiechem - W ramach podziękowania.
- Dobrze. W ramach podziękowania możesz zostać karmą dla mojego Pit Bulla.


<Izaac?>

Od Beatrice

Zimno. Autobus się spóźnia. Zapomniałam rękawiczek, odmarzają mi palce. Buty mam przemoczone. Ale dostałam parę wysokich ocen, więc dalej mam delikatny uśmiech na twarzy. Zawsze trzeba szukać jakichś plusów, co nie? Patrzyłam raz na zegarek, raz na ulicę, a raz na jakiegoś faceta z teczką w ręce. Fascynujące. Co by tu robić? Hm... może by poćwiczyć zdolności? Ciekawe o czym myśli pan wracający z pracy... skupiłam się na tym najmocniej jak potrafię i... "Dlaczego ona wygrała tą sprawę? Dlaczego ona dostała prawa rodzicielskie? On nie ma żadnych warunków odpowiadających dziecku! Och... no dlaczego? Nikt mi nie zastąpi Anastasii!" dobra, dobra, wystarczy. Bo jeszcze się popłaczę. Kto tu jeszcze idzie? Rozglądnęłam się.
- Przepraszam, która godzina? - zabrzmiał niski głos.
- Y, proszę? - nie wiem czemu tak zapytałam, chyba taki odruch.
- G-o-d-z-i-n-a. Godzina. - powiedział lekko zdenerwowany.
- Przepraszam, ym, 15:57.
- Dziękuję. Spóźnia się.
- Tak. - powiedziałam, a potem nastała cisza. Chwila, dobrze widzę? Wow, jedzie! Niesamowite *sarkazm*. Wsiadłam do pojazdu i usiadłam przy jakiejś dziewczynie. Ostatnie wolne siedzenie. Tyle wygrać! Uśmiechnęłam się do siebie. Przedemną 15 minut drogi. Skupiłam się na dziewczynie po mojej prawej stronie. Myślała: "Proszę, żeby nie zobaczyła co mam w rękach, proszę, proszę, proszę!" a ja, jakto ja zrobiłam na przekór. Ale tak tylko kącikiem oka spojrzałam, żeby nie widziała, że patrzę. Co tam ujrzałam? Naprawdę, przefantastyczne szkice! Nie mogę powiedzieć co przedstawiały, czy to jakieś fraktale, czy dziwne postacie, no po prostu były piękne! Nie mogłam tego tak zostawić, musiałam coś powiedzieć na ich temat.
- To... to twoje prace? - powiedziałam ze ździwieniem na twarzy
- Tak, wiem, okropne.
- Co? Okropne? Żartujesz? - powiedziałam z jeszcze większym ździwieniem na ryju, jak można mieć tak niską samoocenę?!
- Podobają ci się?
- Czy mi się podobają? Zajebiście mi się podobają! - dziewczyna spojrzała na swoją pracę i uśmiechnęła się.
- Naprawdę? Aż tak?
- Po co bym miała kłamać nieznajomą? - dziewczyna się zamyśliła i po chwili popatrzyła na mnie.
- Nie wiem. Chcesz zobaczyć inne?
- A masz? Pewnie! - wyciągnęła spod dzieła inne kartki. Nie potrafię powiedzieć, która praca była najpiękniejsza, wszystkie były wspaniałe! Patrzyłam, patrzyłam i w końcu się odezwałam.
- Wow... wiesz, ja też zajmuję się malarstwem, ale moje prace są niczym w porównaniu do twoich.
- A masz jakieś przy sobie?
- Nie. Wiesz, nie będę nosić codziennie płócien na uniwersytet. - zachichotałam, dziewczyna też. - A tak wogóle to nigdy cię nie widziałam na uniwersytecie.
- Cóż, bo... - dziewczyna widocznie się zakłopotała - bo ja jeszcze nie chodzę do uniwersytetu.
Gały mi dosłownie wyszły na wierzch. Dziewczyna, która robi takie prace i wygląda tak dorośle (nie staro, dorośle) nie ma 20 lat? Odebrało mi na chwilę mowę.
- Przy tobie jestem nikim. Naprawdę. - powiedziałam, zaśmiałyśmy się.
- A ja czuję się przy tobie jak gówniara. - dalej się śmiałyśmy. Po chwili ucichłyśmy. Nieznajoma odezwała się po momencię ciszy.
- Na jakim wysiadasz? - rozglądnęłam się i przeklnęłam pod nosem.
- Na tym co był 3 przystanki wcześniej.
- Ojej, przykro mi, ja na następnym. Może cię odprowadzę wzamian za to?
- Dziękuję, poradzę sobie. - powiedziałam i czekałam na następny postój. Akurat staliśmy w korku. Świetnie. Z nudów sprawdziłam o czym myśli nieznajoma. "Ciekawe, czy się przedstawi. Ja na nią nalegać nie będę, ona jest starsza, ja jestem zwykłą gówniarą. Ciekawe jakie ona maluje obrazy." Ha, w idealnym momencie podsłuchałam jej myśli. Chce, niech ma. Popatrzyłam jej w oczy i powiedziałam:
- Jestem Beatrice.

<Amanda>

Od Izaac'a c.d Raphael'a

Miłe było ze strony tego chłopaka że mnie urotawał, przecież mógł sobie od tak po prostu pójść i pozwolić na wypadek.
- Poczekaj!- podbiegłem do niego i złapałem za ramię.
Spojrzał się na mnie dziwnie więc go puściłem nie chcąc by się zdenerwował.
- Co chcesz?- mruknął.
- Mam na imię Izaac.- uśmiechnąłem się szeroko i wziąłem od niego zakupy. Spojrzał się na mnie jak na złodzieja.- Chcę ci się jakoś odwdzięczyć za ratunek, mogę ci zrobić śniadanie. Podobno dobrze gotuję.
- Obejdzie się.- chciał mi zabrać reklamówki z rąk ale cofnąłem się do tyłu.
- Nie obejdzie.- pomachałem przecząco głową.- Zrozum że chcę jakoś podziękować za to że mi pomógłeś buraku!- wyminąłem go.- Mniemam że dobrze się kieruję bo w tą stronę szedłeś, ale nie wiem czy trafie do twojego domu więc proszę cię o zapszestanie ględzenia i popriwadzenia mnie.

[Raphael?]

środa, 6 sierpnia 2014

Od Raphael'a cd Izaac'a

Wracałem ze sklepu, myśląc tylko i wyłącznie o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie jadłem jeszcze śniadania, a powszechnie wiadomo, że jeśli facet jest głodny, to jest zły. A kiedy zobaczyłem stojącego na środku ulicy chłopaka, którego miałem okazję poznać całkiem niedawno i jadący wprost na niego motor, wściekłem się jeszcze bardziej. Rzuciłem siatkę z zakupami na chodnik i podbiegłem do niego. Złapałem go za szalik, a potem ściągnąłem z ulicy bo nie chciałem, aby ktokolwiek umarł na moich oczach. A jeśli nawet nie umarł, to nie miałem teraz ochoty oglądać wypadków. Jednak ta niezdara musiała się wywrócić, a ponieważ stałem za nim, również upadłem na chodnik.
- Nic Ci nie jest? - Zapytałem, kiedy czerwonowłosy chłopak ze mnie zszedł. Pomachałem mu dłonią przed oczami. - Pytam się coś Ciebie.
Jednak ten nie odpowiadał, tylko patrzył się na mnie jak głupi. A potem się do mnie przytulił!
- Nic mi nie jest. Dziękuję ci bardzo.
- Co ty robisz?!
Zdjąłem z siebie jego ręce i wstałem z ziemi, a później wziąłem siatkę z zakupami. On również wstał.
- Nie musisz mi dziękować. Zrobiłem to tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciałem jeździć potem z psiarnią i opowiadać im, co tu się stało. - mruknąłem bez entuzjazmu - Postaraj się więcej nie stawać na środku ulicy. Nara.

<Izaac?>

wtorek, 5 sierpnia 2014

Od Izaac'a c.d Raphael'a

Przechodziłem przez ulicę gdy usłyszałem pisk hamulców. Zamiast przyspieszyć i uciekać, stanąłem jak wryty i odwróciłem głowę w stronę nadjeżdżającego pojazdu. Kierowca z całych sił próbował zahamować ale wpadł w poślizg. Normalny demon, posiadający moją moc użył by jej i odsunął motor na drugą stronę ulicy lub zatrzymał go, ale mnie sparaliżował strach i nie umiałem trzeźwo myśleć.
Poczułem jak ktoś łapie mnie z tyłu za szalik i ciągnie w swoją stronę. Upadłem na tego kogoś i zacząłem szybciej oddychać. Przez miejsce w którym wcześniej stałem przejechał motor. Gdybym nadal tam był to zostałbym potrącony i prawdopodobnie bym nie przeżył.
- Nic ci nie jest?- zsunąłem się z chłopaka którego spotkałem wcześniej i spojrzałem mu w oczy. On mi uratował życie...- Pytam się coś ciebie.- mruknął i pomachał mi dłonią przed twarzą.
Zamrugałem kilka razy i przytuliłem się do niego. Całkiem ładnie pachniał.
- Nic mi nie jest. Dziękuję ci bardzo.

[Raphael? XD]

Od Raphael'a c.d Izzac'a

Chwilę później byłem przed sklepem, lecz gdy tylko wszedłem do środka, bardzo się zdziwiłem. Kiedy ostatni raz byłem w sklepie, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. No, ale w ciągu miesiąca mogło się dużo pozmieniać. Tak to jest jak siostra jeździ Ci po zakupy. Westchnąłem cicho i podszedłem do blondynki pracującej w tym sklepie, która stała przy jednym z regałów.
- Um... Przepraszam! - zaczepiłem ją - Widzę, że się tu trochę pozmieniało.
- Tak, jakiś miesiąc temu. - odparła z miłym uśmiechem - Szuka pan czegoś konkretnego?
- Śniadania. - mruknąłem, rozglądając się po hali
Dziewczyna zaśmiała się i wskazała ręką w prawą stronę.
- Niech pan idzie tam, na pewno będzie coś odpowiedniego.
Czym prędzej skierowałem się w wskazaną stronę. Rzeczywiście, znalazłem tam wszystko co było mi potrzebne. Szybko wziąłem potrzebne rzeczy i skierowałem się w stronę kasy. Kolejki nie było, więc zapłaciłem i już po kilku minutach byłem w drodze powrotnej do domu.

<Izaac?>

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Od Izaac'a c.d Raphael'a

Chichotałem nadal patrząc na odchodzącego chlopaka. To trzeba być naprawdę wielkim burakiem by nie kontynuować bitwy na śnieżki. Westchnąłem gdy zniknął za rogiem i ruszyłem w swoją dalszą wędrówkę. Jeśli się nie pospieszę to się spóźnie i uczniowie w ramach równych praw rozkażą mi robić pompki i pewnie jesze na mnie usiadą.
Pognałem do dojo i szybko przebrałem się w czarną hakamę i keikogi. Po czym gdy wszyscy moi uczniowie się zebrali zacząłem trening. Mimo ciężkiej pracy wszyscy doskonale się bawili i nawet gdy byliśmy w zbrojach to nie narzekali. Nie wiem dlaczego ale dzieci i młodzież (ta bardziej normalna) nie miała do mnie pretensji o moje zachowanie i bardzo mnie lubili.
- Do widzenia sensei!- kazdy żegnał się ze mną wychodząc, a ja z uśmiechem im machałem.
Schowałem swój sprzęt, wziąłem prysznic i wysuszyłem włosy. Potem ubrałem się w swoją kurtkę i szalik. Założyłem pokrowiec z mieczami na ramię i wyszedłem z klubu zamykając go na klucz.
Ruszyłem w powrotną drogę modląc się by jakimś cudem Nathaniel tutaj przejeżdżał swoim motorem i zabrał mnie ze sobą do domu bym nie marzł. Nie było niby tak zimno ale byłem po prysznicu..
Może wejdę do jakiejś kawiarenki by się rozgrzać i kupić sobie kakao z piankami i słodka śmietanką.
Tak się rozmarzyłem o tej pyszności że przechodząc przez ulicę nie zauważyłem motoru jadącego wprost na mnie z lewej strony.

[Raphael?]

Od Miriabell

Wyszłam ze szkoły. Ledwie budynek zniknął mi z oczu, a rozdzwonił się mój telefon. Odebrałam, widząc na wyświetlaczu uśmiechniętą twarz siostry. Z resztą kto inny miałby do mnie dzwonić? Niby miałam znajomych, ale raczej z nikim nie utrzymywałam większych kontaktów poza szkołą. Wolałam siedzieć w domu... Tam czułam się swobodnie.
- Hej Bell – usłyszałam. – Mogłabyś zrobić zakupy? Ja niestety muszę zostać dłużej w szpitalu, bo wiozą nam nagły przypadek.  O, muszę kończyć, dasz sobie radę sama? Prawda?
- Tak. Pewnie – powiedziałem. – To do zobaczenia wieczorem.
- Tylko uważaj na siebie, siostrzyczko – usłyszałam jeszcze i Megan się rozłączyła.
To nie był pierwszy raz, gdy moja siostra musiała zostać po godzinach, bo ktoś wpakował się w tarapaty, a ona musiała pomóc. Wiem, że czasami ją to męczyło i gdy byłam młodsza starała się mi wynagradzać te swoje nieobecności. Zupełnie nie wiem dlaczego. Nie przeszkadzało mi nigdy, że coś zrobiłam sama, a ona miała przecież pracę. I to ważną. Pomagała ratować innym życie i niejednokrotnie sama to robiła.
Włożyłam telefon do kieszeni i szczelniej owinęłam się szalikiem, bo znów zrobiło mi się strasznie zimno.  Jak ja nie cierpiałam mrozu. Brrr… Wystarczyło, że temperatura spadała poniżej dziesięciu stopni, a ja już czułam się jak sopelek lodu, a co dopiero jak było pięć na minusie.  Na szczęście nie wiało, bo przymarzłabym do chodnika.
Dość szybkim krokiem, żeby choć ciut się ogrzać w ruchu, ruszyłam w stronę centrum handlowego. Dokładnie pamiętałam co trzeba było kupić, mimo to spędziłam w ciepłym wnętrzu sklepu więcej czasu  niż potrzebowałam. W końcu jednak trzeba było zapłacić i wyjść na ten mróz… Jakie to szczęście, że nie miałam daleko do domu.
Ledwie wyszłam ze sklepu, a przede mną zjawił się Shrik.
- Wystraszyłeś mnie, piesku – powiedziałam z lekką naganą, ale czule pogłaskałam go po łbie.  – Idziemy do domu, dobrze? – spytałam.
Zwierzak ruszył za mną. Przyzwyczaiłam się już, że jest ze mną. O dziwo Morgana nie protestowała, przynajmniej dopóki nie niszczył nic w domu. Czasami zdarzały mu się jakieś wpadki, ale przez większość czasu był grzeczny… no, przynajmniej przy mnie.
- Chciałbyś coś dobrego? – spytałam i otworzyłam torbę, szukając ciasteczek, które Shrik pochłaniać mógł tonami, a które zawsze miałam przy sobie. Odpowiedziało mi wesołe wycie, bo on nie umiał szczekać w przeciwieństwie do psów.
Pech chciał, że moja zziębnięte ręce nie zdążyły złapać mojego portfela, który wypadł z mojej torby i poleciał w dół. Moja zguba przeleciała niefortunnie między szczeblami barierki, o którą się opierałam i spadła na brzegu niedużej rzeczki.
Rzuciłam zwierzakowi smakołyk, a sama popędziłam, jak umiałam najszybciej z zakupami i skostniałymi nogami, po portfel. Ubiegł mnie jakiś chłopak, który podniósł moją własność. Wyglądał… przerażająco. Tak, to dobre określenie. Cały w ciemnych kolorach i z takim posępnym wyrazem twarzy.
Przełknęłam coś co nieprzyjemnie kłębiło mi się w gardle i otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć. Udało mi się za drugim podejściem:
- Przepraszam, ale... to mój portfel, czy mógłby pan mi go oddać? – spytałam chyba ciut za cicho. Mimo to obcy odwrócił się do mnie, no i wtedy mój pupil rzucił się na niego! Mężczyzna nie miał jak zareagować, bo psowaty był wyjątkowo cichy i zrobił to zwyczajnie bez ostrzeżenia.
- Shrik! – zawołałam.
- To bydle mnie ugryzło! – wydarł się mężczyzna, a Shrik zadowolony podszedł do mnie, w pysku trzymając to, co zgubiłam.
- Ja tak strasznie przepraszam! – zawołałam, podbiegając do nieznajomego i gromiąc wzrokiem zwierzaka, który zaczął parskać i powarkiwać.
Przyłożyłam dłonie do ust, widząc strużki krwi, płynące z ran po kłach.
- Ja naprawdę przepraszam – jęknęłam. – On nie zrobił tego celowo, chciał tylko mi pomóc… Powinnam go pilnować, przepraszam… Ja… mieszkam tu niedaleko… Jeśli pan pójdzie ze mną, to postaram się to opatrzyć…

<Elijah? Sorki, za to pogryzienie, ale nie mogłam się powstrzymać xD >

Od Raphael'a cd Izaac'a

Miałem już serdecznie dość tego człowieka. Nie dość, że musiałem wyjść na zewnątrz kiedy było tak zimno, to jeszcze jakiś debil zawracał mi głowę. A ja chciałem kupić kilka rzeczy na śniadanie i czym prędzej wrócić do domu.
- I z czego się tak cieszysz? - burknąłem, patrząc na śmiejącego się do rozpuku chłopaka - Szkoda, że nie wziąłem Snoopy'ego, wtedy byłbyś dopiero zadowolony.
- Snoopy'ego? - zapytał, po czym jeszcze bardziej zaczął się śmiać
Ludzie często nabijali się z imienia mojego podopiecznego, jednak ani na nim, ani na mnie nie robiło to większego wrażenia. Lubiłem to imię, lubiłem też mojego psa, więc dlaczego nie? W każdym razie odwróciłem się plecami do pokładającego się ze śmiechu chłopaka i szybkim krokiem ruszyłem przed siebie, w stronę sklepu.

<Izaac?>

niedziela, 3 sierpnia 2014

Od Izaac'a c.d Raphael'a

Spojrzałem mu w oczy uśmiechając się lekko.
- Nie musisz być taki niemiły…- wydąłem lekko policzki.- Przecież przeprosiłem..
- Mogę robić co chcę.- mruknął.- A teraz się posuń bo mam lepsze rzeczy do roboty niż ty.
Co w ogóle tacy ludzie robią na tym świecie? Tacy niemili, wredni i gburowaci jak mój brat. To właśnie przez takich osobników nie mam znajomych i przyjaciół, jedynie moi uczniowie z dojo mnie lubią i klienci w restauracji w której pracuję. Wszyscy którzy mnie opuszczają i potem ze mnie żartują uważają, że jestem chory psychicznie. Uważają, że dziwnym jest, że ulepszam rzeczy które wydają mi się nudne i tak dużo się śmieje. Nie moja wina, że potrafię turlać się ze śmiechu nawet jak ktoś umiera lub ma poważny wypadek.
To mnie wyklucza ze społeczeństwa, ale i tak nie chcę się zmienić.
Chcieliśmy się z tym chłopakiem wyminąć, ale przy każdej próbie przesuwaliśmy się w tą samą stronę co wynikiem było, że cały czas staliśmy przed sobą.
- Mógłbyś stać w miejscu i ja cię wyminę?- mruknął, a jego mina mówiła, że ma mnie już dość.
- A uśmiechniesz się?- pokazałem mu swoje białe ząbki uśmiechając się.
- Nie.- mruknął i mnie wyminął.
- Smutas…- mruknąłem i za pomocą Psychokinezy uformowałem ze śniegu kulkę. Uśmiechnąłem się szeroko i skierowałem kulkę za odwróconego do mnie plecami czarnowłosego chłopaka. Zachichotałem i przeciąłem palcem powietrze, a kulka z impetem uderzyła w głowę chłopaka. On stanął w miejscu i powoli się do mnie odwrócił. Minę miał genialną, po prostu od razu wybuchnąłem śmiechem.

[Raphael?]

Od Nathaniel'a c.d Phoenix

Poranek zapowiadał się tak idealnie… Zdążyłem zobaczyć swojego kochanego braciszka zanim wyszedł i nawet go jeszcze pouczyłem by wrócił punktualnie. Kochałem tego czernrwonowłsoego idiotę bo on tylko miał mnie, a ja jego. Zastępowałem mu ojca i tak właśnie miało być.
Wyszedłem z domu w bardzo dobrym humorze, nikt mi nie truł, nikt nie gadał i mogłem spokojnie pojechać do ważnego osobnika wśród demonów i odebrać zlecenie na jakiegoś Widzącego. Nienawidziłem tych szumowin i szczerze chciałem się wszystkich pozbyć, szkoda tylko, że mój brat też miał takie zadanie.
Ubrany w czarną skórę wsiadłem na swoją piękną maszynę na która była dla mnie bardzo cenna. To był antyk, istne cudeńko wśród Cooperów, miałem też ścigacza ale on się nie nadawał na zimę.
Tak więc wszystko zapowiadało się idealnie ale jakaś laska zarysowała mi moje kochanie! I jeszcze się upierała że to moja wina! To ona jak krowa wjechała na rondo, a jasnym było, że to ja miałem pierwszeństwo! Do tego ta suka nie chce mi oddać kasy! I zemdlała wpadając mi w ramiona!
I co ja mam teraz niby zrobić? Spojrzałem na wszystkich gapiów i zrobiłem złą minę.
- Co się gapicie? Dzwońcie po karetkę.- warknąłem i wziąłem dziewczynę na ręce.
Chętnie bym ją tutaj zostawił i zabrał jej do tego portfel, ale nie mogę tego zrobić bo ludzie się patrzą. Ten babsztyl i tak odda mi kasę, pojadę z nią do szpitala i wszystko powiem policji.
Ale muszę się też jakoś odegrać… Spojrzałem na jej samochód i użyłem swojej mocy. Nagle szyba w samochodzie pękła, a boki pojazdu zaczęły się wgniatać. Wyszczerzyłem się w uśmiechu słysząc krzyk przerażonej kobiety która zobaczyła, że szkody powstają same. Nikt mi nie udowodni że to moja wina.
Potem przeniosłem wzrok na karetkę której kogut mrugał na czerwono i niebiesko. Wysiadł z niego sanitariusz i podbiegł do mnie.
- To jest poszkodowana?
- Ta.- oddałem mu ją, a on położył ją na noszach.             
- Przyjedzie Pan do szpitala?
- Tak, tylko zadzwonię na policję i odstawię swój motor.
Facet przytaknął ruchem głowy i wszedł do karetki.
- Spotkamy się jak się obudzisz suko.- mruknąłem pod nosem patrząc na nieprzytomną dziewczynę. Zaraz potem drzwi kartki się zamknęły i pojazd ruszył na sygnale.

[Phoenix?]

Od Raphael'a cd Izaac'a

- Co się dzieje?
Usłyszałem dziwne dźwięki, które mnie obudziły. Zaspany, przetarłem oczy i rozejrzałem się po pokoju, a kiedy zobaczyłem zupełną ruinę, jak najgłośniej mogłem wydarłem się na Snoopy'ego. Biały pies wyczołgał się spod mojego łóżka, skomląc żałośnie. 
- Znowu musiałeś zrobić tu taki burdel? - zwróciłem się do zwierzaka niezadowolony
Snoopy, zupełnie jakby rozumiał moje słowa zakrył oczy łapami i wydawał dziwne dźwięki, podobne do miauczenia kota. Moja złość szybko minęła, zaśmiałem się do niego i pogłaskałem go po łebku. Pies machnął ogonem zadowolony, a potem wskoczył na moje łóżko i szczekaniem oraz łażeniem po mnie dawał znaki, że pora na śniadanie. Powoli stanąłem na nogi i zręcznie wymijając wszystkie leżące na ziemi przedmioty, dotarłem do kuchni. Kiedy jednak przechodziłem przez drzwi, uderzyłem ręką o półkę wiszącą na ścianie, wydając przy tym dziki okrzyk. Oczywiście wszystkie leżące na niej rzeczy spadły na ziemię. Otwarłem lodówkę i z rozczarowaniem stwierdziłem, że nie ma w niej wiele rzeczy. Majonez, maleńki kawałek sera i sałatka, którą moja kochana siostrzyczka przygotowała dwa dni temu. Nienawidziłem tych jej sałatek, chociaż wszystkim wokoło bardzo smakowały. No, ale ja ogólnie nie przepadam za prawie wszystkimi warzywami, więc to nic dziwnego. W każdym razie nie było nic do jedzenia ani dla mnie, ani dla Snoopy'ego.
- No, chłopie, musimy iść do sklepu. - popatrzyłem na Teriera, który już stał obok mnie z miską w pysku
Kiedy tylko skończyłem mówić, pies porzucił miskę i wybiegł do sąsiedniego pokoju. A to spryciarz! No ale komu się chce w taką pogodę iść do sklepu? Na pewno nie mi. Ale ktoś musi, więc ubrałem się i szybko ogarnąłem, a Snoopy cały czas mi towarzyszył. Tak więc już pod kilkunastu minutach w t-shircie, jeansach, kurtce i glanach porwałem portfel i wyskoczyłem z domu, po drodze rzucając do mojego psa, że zaraz wrócę. Zupełnie jakby był człowiekiem. Muszę przyznać, że w drodze zamyśliłem się nieco i ocknąłem się dopiero, kiedy ktoś na mnie wpadł.
- Sory... Nie zauważyłem Cię... - wymamrotał
A tym kimś był czerwonowłosy chłopak, mniej więcej mojego wzrostu. 
- To patrz jak chodzisz. - burknąłem

<Izzac?>

Od Phoenix

Dziewczyna wstała i wściekle spojrzała na osobę stojącą przed nią.
- To nie jest śmieszne Aren! Przecież wiesz, że te spodnie kosztowały majątek! - wydarła się po chwili złowrogo marszcząc brwi, jakby miało to kogokolwiek przestraszyć. Caren właśnie przeżyła bliskie spotkanie ze śniegiem i teraz cały jej tyłek był mokry... Tak... po prostu boki zrywać.
- Hahaha! Nie wytrzymam! Nie wytrzymam! - Zaśmiała się Phoenix patrząc na całą scenę. Złapała się za brzuch i zaniosła głośnym śmiechem, co wywołało irytacje jej przyjaciół. - Ależ nie przeszkadzajcie sobie... - powiedziała próbując złapać oddech. Dyszała zupełnie jakby właśnie przebiegła maraton. Jednak kiedy poczuła na sobie rozgniewane spojrzenia Arena i Caren, od razu się wyprostowała i uśmiechnęła przepraszająco.
- Phoenix! - warknęli obydwoje w tym samym momencie i rzucili się na wciąż roześmianą dziewczynę. Phoenix wiedziała, że się na nią nie gniewają. W końcu telepatia robiła swoje, nawet jakby nie chciała jej używać. Jeszcze nie opanowała w 100% tej zdolności... niestety. Czasami, aż głowa jej pękała od natłoku ludzkich myśli. I właśnie od tego miała Kaeru, który skutecznie wygłuszał wszystkie myśli innych w chwili gdy sam wchodził do jej głowy.
Wszyscy troje upadli na miękki śnieg śmiejąc się głośno. Zwykle właśnie tak kończył się ich zrywanie z zajęć, żeby "pójść się napić". Może jednak nie są, aż tak dorośli jak uważają.
- Znowu się zerwałaś? - usłyszała Phoenix niezadowolony głos swojego pupila. Nie odpowiedziała na jego zapytanie, usilnie próbując go ignorować.
- Chodźmy do mnie. - rzuciła do znajomych próbując wygramolić się ze śniegu.
- Gdzie jesteś? - usłyszała ponownie i znów nie odpowiedziała. - Wiem, że mnie słyszysz Phoenix!! - Kaeru był coraz bardziej zły i nawet nie chciał tego ukrywać. Od jakiegoś czasu nie podobało się mu zachowanie dziewczyny.
- Idę do domu. - wysłała wiadomość i od razu spróbowała postawić psychiczny mur odgradzający ją od psa.
- Nawet nie próbuj... Twoja matka nie będzie zadowolona. - powiedział Kaeru bez problemu niszcząć postawioną przez nią osłonę.
- Nigdy nie jest. Przecież dobrze o tym wiesz... - Zwierzę już nie odpowiedziało. Phoenix wraz z przyjaciółmi wsiadła do swojego sportowego mercedesa i ruszyła zostawiając świeże ślady opon na śniegu, który już zdążył zakryć ulicę. Nawierzchnia była trochę śliska, ale nie powstrzymało to dziewczyny od wyciągnięcia z maszyny zawrotnej prędkości. Noże nie było to zbyt rozsądne, ale... Phoenix w ogóle nie była rozsądna. Kiedy dojechała do ronda nawet się nie zatrzymała, tylko od razy włączyła się do ruchu... nie zauważając jadącego z drugiej strony motoru. Starała się zahamować, ale ulica była zbyt śliska, by samochód od razu mógł się zatrzymać. Auto zrobiło parę obrotów i zatrzymało się dopiero na latarni, która złamała się pod zbyt dużym naporem. A co z kierowcą motoru? Już oglądał szkody wyrządzone przez lekkie muśnięcie samochodu Phoenix. Dziewczyna wraz z przyjaciółmi wyszła z wozu.
- Na pewno nic ci nie jest? - zapytała Caren, patrząc na płynącą z rany na czole krew. Na pewno nie wyglądało to dobrze.
- Na pewno... emm... złapcie taksówkę i idźcie do mnie. Za jakiś czas do was dołączę, tylko zajmę się...
- Wisisz mi sporo kasy... naprawa karoserii,  wymiana zbitego przedniego reflektora nie wiem jeszcze jak z mechaniką, ale to sprawdzę później. - Przerwał jej facet i spojrzał na nią z nieukrywaną wściekłością. Phoenix zmarszczyła brwi i podeszła do niego.
- Nie jestem ci niczego winna! - rzuciła mu w twarz. - To przez ciebie zaszło to wszystko! Skoro widziałeś, że wjeżdżam to trzeba było się zatrzymać! A poza tym... Kto normalny jeździ motorem zimą!? I to jeszcze takim gratem... nic dziwnego, że rozpadł się od lekkiego szturchnięcia. - prychnęła i założyła ręce na siebie. Była z siebie bardzo zadowolona. Zaczęła ją trochę boleć głowa, ale dziewczyna stwierdziła, że zaraz jej przejdzie.
- Jedźcie już. Zajmę się tym. - powiedziała do przyjaciół, nie spuszczając wzrok z coraz bardziej wkurwionego mężczyzny. Caren i Aren odwrócili się niepewnie patrząc na całą scenę, po czym wsiedli do taksówki i odjechali.
- To jest klasyk jakbyś nie wiedziała. - odparł na pozór spokojnie. - Naprawa nawet małych usterek kosztuje miliony... lepiej żebyś miała takie pieniądze, bo obydwoje wiemy, że sprawcą wypadku byłaś ty.
- Jestem Summers... koszta mnie nie interesują. Ważniejsze jest to, że chcesz mnie wrobić! A no to sobie nie pozwolę! - Krzyknęła, ale nie wyszło jej to na dobre. Złapała się za głowę, żeby spróbować zatrzymać ból, ale nie przyniosło to żadnych efektów.
- Nic mi nie mówi twoje nazwisko. I szczerze gówno mnie ono obchodzi. Masz mi po prostu oddać kasę i tyle. - Phoenix spojrzała na niego i zmrużyła oczy. Głównie dlatego, że jego postać wydawała się nieostra. Pierwszy raz zdążyło jej się, że ktoś nie znał jej nazwiska. Była z tego zadowolona, bo przecież nienawidziła tego, że była aż tak znana, ale oczywiście nie mogła tego pokazać. Ten facet to totalny gbur i niewychowany idiota... Lekko chwiejnym krokiem podeszła do niego tak blisko, że och buty prawie się stykały.
- Nigdy... w życiu... - szepnęła, ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Oczy jej się zamknęły, a nogi ugięły pod ciężarem ciała. Poczuła tylko jak ktoś ją łapie, a potem odpłynęła w zupełną ciemność.

<Nathan?>

Od Izaac'a

Usiadłem przy stole zaspany, a Stig stał na nim oparty o karton mleka. Byłem w samych bokserkach a moje włosy były nieułożone i splątane, podobno zawsze kręcę się podczas snu.
- Fa fi fmufe fef fe f farfć.- Stig zaczął coś bełkotać mając zasuniętą szczękę suwakiem.
Westchnąłem i odsunąłem go, demon od razu zaczął nadawać jak Wolna Europa.
- Słyszałeś co do ciebie mówię? Ty weź się człowieku w garść i zrób ze sobą porządek bo zaraz tu przyjdzie Pan gbur z małym Panem gburowskim i zaczną narzekać.
- No właśnie czekam na Nathaniel'a.- ziewnąłem i podniosłem się by wziąć z szafki miseczkę i płatki.- Ale skoro go nie chcesz rano spotkać...
- Po co na niego czekasz?- Stigowe usta znów się poruszyły.- Co dzisiaj będziemy robić?
- Sam nie wiem dlaczego... Chyba chciałem go zdenerwować z samego rana.- zaśmiałem się i znów usiadłem przy stole.- Dzisiaj... Idziemy do dojo, nie pamiętasz, że przygotowuje dzieciaki do zawodów? Chcą się stąd wyrwać chociaż na chwilę.- nasypałem do miseczki płatków i nalałem mleka.
Co by do tego dodać? Nie lubiłem jak różne rzeczy były zwyczajne i nudne...
W końcu wymyśliłem, znów się podniosłem i wyjąłem z szafki kakao. Bez namysłu wsypałem je do swojego śniadania i wymieszałem. Potem zjem sobie kanapkę z serkiem waniliowym albo coś, na razie to powinno wystarczyć.
- Porzygasz się.- stwierdził Kamor.
- Wcale nie.- zabrałem się do jedzenia, było słodkie, bardzo słodkie, ale takie mi pasowało.- A ty chcesz coś zjeść?- zakręciłem nim i zacząłem się śmiać.
- Łoooooooooooo.....- demon kręcił się dosyć szybko i gdy obroty się zwolniły to wystawił język na zewnątrz i zaczął udawać że rzyga.- Zbełtam się!! Zatrzymaj mnie! Ty krzywy korniszonie!
Wtedy usłyszałem kroki, oho Nathan się obudził...
- Co to za krzyki z samego rana?- wszedł z ponurą miną i spojrzał na mnie.- Co ty jesz?
- Płatki z kakao.- zaśmiałem się.
- Nie będę wchodził w szczegóły.- przeciągnął się i otworzył lodówkę.- Powinieneś już wychodzić, a ty wyglądasz jakbyś...- spojrzał na mnie.- Został wypluty.
- No to co?- zaśmiałem się i wypiłem całą zwartość miseczki duszkiem. Tylko płatki zostały mi w ustać i teraz je gryzłem.- Jak ci tak bafdzo nie pasuje to sobfe ide.- naburmuszyłem się, wziąłem Stiga który już ledwo się kręcił i ruszyłem do swojego pokoju.
Nathaniel to mój starszy brat i mieszkam razem z nim bo on sobie tego zażyczył. On się mną opiekował a ja go denerwowałem. Cieszyłem się, że mam go przy sobie bo on był moim przyjacielem, rodziną i kochałem go bardzo, ale chciałem się w końcu usamodzielnić. Ale nadopiekuńczość, nerwowość i gburowatość Nathana mi na to nie pozwalała.
Wszedłem do pokoju i rzuciłem Stiga na rozgrzebane łóżko.
- Ej! Nie tak brutalnie! Bo pęknę!- prychnął.
- W co mam się ubrać Stig?- mruknąłem patrząc na zawartość otwartej szafy. Strój do kendo miałem w dojo więc nie musiałem go nosić cały czas ze sobą.
- A nie wiem, możesz iść nago, może wtedy sobie kogoś w końcu znajdziesz.- Kamor się zaśmiał, a spojrzałem na niego rozbawiony. To był całkiem interesujący pomysł ale nie w zimę.
Wyjąłem z szafy czerwony T-shirt, czarne spodnie rurki i szybko na siebie włożyłem. Nadgarstki przyozdobiłem rzemykami i dwoma zegarkami, a włosy rozczesałem i związałem w koński ogon.
- Może być?- zapytałem przystępując do malowania sobie czarnych kresek wokół oczu.
- I tak jesteś brzydki.- prychnął.
Prychnąłem i po skończonej stylizacji, wziąłem demona, miecze które były w pokrowcu i ruszyłem do wyjścia. Stigowi zasunąłem usta i schowałem go do kieszeni pokrowca którą specjalnie dla niego doszyłem.
Założyłem na siebie ciepłą kurtkę i owinąłem szyję szalikiem. Na nogi założyłem czarne, mocne glany.
- Wychodzę!- krzyknąłem do Nathaniel'a.- Wrócę jutro!- zaśmiałem się.
- Tylko spróbuj!- usłyszałem jego warknięcie.- Masz czas do 18:00, potem jesteś w domu!
- Gbur.- wytknąłem język w jego stronę i wyszedłem z domu.
Bardzo lubiłem zimę i śnieg, można wtedy było rzucać śniegowymi kulkami i jeździć na sankach. Nie robiłem tego bo nie miałem z kim, do tego Nathaniel mówi, że to jest zbyt dziecinne, więc...
Szedłem w chodnikiem mając nos w szaliku, czasami używałem swojej mocy by wywalić kogoś lub zrzucić z dachu dużą część śniegu. To całkiem fajna zabawa. Tak się skupiłem na rzuceniu w pewną kobietę śnieżką że nie zauważyłem przed sobą chłopaka i wpadłem na niego. Odrzuciło mnie trochę do tyłu ale nic mi się nie stało, spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się lekko.
- Sory...Nie zauważyłem cię...

[Raphael?]